Indeks Zatopione okręty liniowe Zatopione lotniskowce
Co było czym, czyli kilka słów wprowadzenia dla tych, którzy nie siedzą w temacie


Drednoty
Drednot to spolszczenie angielskiego "dreadnought" (nieustraszony) - określenie pochodzi od nazwy pierwszej jednostki tej klasy HMS Dreadnought - zbudowanej dla Royal Navy w latach 1905-06. Była to realizacja krążącej wówczas od paru lat po Europie koncepcji okrętu "all big gun" - dużego pancernika wyposażonego w większą liczbę ciężkich dział jednego tylko kalibru - w odróżnieniu od dotychczasowych konstrukcji, które posiadały zwykle cztery działa głównej artylerii oraz szereg armat mniejszych kalibrów. Dreadnaught jako pierwszy został wyposażony aż w 10 dział 305 mm, co nieporównanie pomnożyło jego siłę ognia. Znaczne rozmiary pozwoliły też na zwiększenie prędkości. Obie te cechy czyniły z niego najpotężniejszy pływający po morzach okręt wojenny i wyznaczały nowy standard w budowie flot.
Pancerniki dzieliło się od tej pory na drednoty i predrednoty - złożone z tych drugich, wielkim kosztem budowane przez lata floty różnych państw, niemal z roku na rok utraciły rację bytu. Od 1906 morską potęgę mierzyło się w liczbie posiadanych drednotów, co wymusiło gwałtowny wyścig w ich budowie. Słabsi finansowo (i gospodarczo) konkurenci szybko zostali w tyle - mniej albo bardziej liczne floty liniowe złożone z drednotów stworzyły jedynie Wielka Brytania, Niemcy, Stany Zjednoczone, Japonia, Francja i Italia. Ponadto budowały je również Rosja, Austro-Węgry i Hiszpania, kilka kolejnych krajów zamawiało pojedyncze drednoty w zagranicznych stoczniach. Z czasem pojawiło się jeszcze określenie "superdrednot" - najpierw używane w odniesieniu do coraz potężniejszych pancerników z okresu pierwszej wojny światowej, potem wobec konstrukcji schyłkowych z przełomu lat trzydziestych i czterdziestych.
Posiadanie wielu dział jednego kalibru pozwalało na skuteczniejszą walkę na większe dystanse (powyżej 8000 m) osiągalne już od pewnego czasu dla artylerii początku dwudziestego wieku. Z takiej odległości rozpryski wody po pociskach różnych kalibrów były nie do odróżnienia, zatem prawidłowe korygowanie równoczesnego ognia wielu rozmaitych dział (mających tym samym różne właściwości balistyczne) było praktycznie niewykonalne. Dopiero unifikacja pokładowej artylerii zmieniła ten stan, szczególnie gdy krótko później zaczęły pojawiać się przyrządy celownicze nowych generacji, pozwalające na prowadzenie walki na dystanse rzędu 15 i więcej kilometrów. Ukoronowaniem tych wysiłków było wprowadzenie oprócz urządzeń optycznych także radarowych systemów celowania, które dały szansę na prowadzenie skutecznego ognia na maksymalnej donośności dział - nawet ponad 30 km.
Wyścig w budowie pancerników trwał do początków pierwszej wojny światowej, która z oczywistych powodów zahamowała budowę i wodowanie kolejnych jednostek. Niemniej krótko po zakończeniu działań wojennych państwa zwycięskiego obozu rozpoczęły projektowanie oraz konstruowanie nowych pancerników o niespotykanym dotąd potencjale bojowym. I tym samym - kosztowniejszych, niż kiedykolwiek. Zapowiadał się kolejny wyścig zbrojeń, daleko potężniejszy, niż ten poprzedni. Postanowiono zapobiec mu na drodze dyplomatycznej - ustalając limity wielkości i uzbrojenia pojednyczych okrętów jak i sumarycznego tonażu flot w obrębie poszczególnych klas jednostek. Pierwszy krok uczyniono w 1922 roku, kiedy to Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, Francja, Włochy i Japonia podpisały w Waszyngtonie traktat o ograniczeniu rozwoju flot wojennych.
Konferencja waszyngtońska spowodowała drastyczne ograniczenie liczby istniejących pancerników i przerwała wprowadzanie do służby nowych. Dziesiątki starszych okrętów zostały wycofane z służby. Jednostki mające do niej wejść spotkał los dość różnorodny:
- USA wstrzymały prace nad 15 okrętami liniowymi, w tym sześcioma pancernikami typu "South Dakota" oraz krążownikami liniowymi, z których jednak dwa - Saratoga i Lexington - zostały później ukończone jako lotniskowce;
- Wielka Brytania przerwała projektowanie okrętów liniowych typów typu "St. Andrew" i budowę wielkich krążowników liniowych "G-3", uzyskując za to zgodę na pozostawienie krążownika liniowego Hood i budowę dwóch mniejszych pancerników z działami kalibru 406 mm, który dotąd we flocie brytyjskiej nie występował;
- Japonia zrezygnowała z realizacji ambitnego (ale nierealnego z powodów finansowych) planu 8+8 (8 pancerników i 8 krążowników liniowych), co oznaczało przerwanie prac przy budowanych OL typu "Tosa" i oraz KL typu "Amagi" oraz zaniechanie projektowania OL typu "Owari". Dwie z tych jednostek - Kaga i Akagi, ukończono wszakże jako lotniskowce;
- Francja i Włochy nie zyskały ani nie straciły wiele na traktacie. Podobnie jak Japonia nie miały raczej za co rozbudowywać flot a dodatkowo brakło im woli, aby tę rozbudowę forsować. Zapewne i bez podpisania porozumienia nie zrealizowałyby swoich planów. Różnica tkwiła chyba głównie w tym, iż o ile w Japonii uznano podporządkowanie się postanowieniom traktatu za coś na kształt zdrady, we Włoszech i we Francji odetchnięto z ulgą.

Podobna była sytuacja Związku Radzieckiego - chociaż nie związany żadnymi dokładnie porozumieniami międzynarodowymi i zdecydowany na rozbudowę floty liniowej (co ciekawe - skłaniając się głównie ku ofensywnym z natury krążownikom liniowym, co wcale nie sugerowało przygotowań do wojny obronnej i co zdaje się dodatkowo potwierdzać tezy stawiane przez radzieckiego dysydenta piszącego pod pseudonimem Suworow), gospodarczo i technologicznie nie był na to przygotowany. Stąd też (jak i przez wybuch drugiej wojny) żadna jednostka nie została ukończona, chociaż do prób ich budowy wracano w ZSRR jeszcze w latach pięćdziesiątych.

Następne konferencje o podobnym charakterze miały miejsce w Genewie (1927) oraz Londynie (1930). Zaowocowały one dalszymi redukcjami flot i pogłębieniem ograniczeń ich rozwoju. Umowy miały wygasnąć w 1936 roku i do tej daty zwodowano na świecie jedynie dwa pancerniki (brytyjskie Rodney i Nelson). Wtedy też do rywalizacji włączyły się ponownie Niemcy, już jako nazistowska Trzecia Rzesza, i można powiedzieć, że wyścig zbrojeń rozpoczął się ponownie - zapowiadając tym samym coraz bliższy wybuch drugiej wojny światowej.
Koniec ery pancerza przyszedł dość nagle. Okręty liniowe, jakkolwiek wzięły czynny udział w drugiej wojnie światowej, nie odegrały w jej trakcie tak kluczowej roli, jaką przez lata im przypisywano. Jak nie raz w dziejach, i ten pancerz przegrał ostatecznie z pociskiem oraz nowymi środkami przenoszenia, głównie lotnictwem. Na dodatek floty liniowe większości uczestniczących w wojnie państw pozostawały względnie skromne a nowoczesne jednostki można było zwykle policzyć w nich na palcach jednej ręki. Większość stanowiły modernizowane okręty pamiętające poprzednią zawieruchę, które w innej sytuacji zostałyby już zapewne zastąpione nowymi pancernikami.

Poza Niemcami, które wprowadziły do służby cztery pancerniki (po dwa typu "Gneisenau" i "Bismarck"), uczyniły to także: Francja (też po dwa typów "Strasbourg" i "Richelieu" - ostatni już po wojnie), Włochy (trzy typu "Littorio"), Japonia (dwa typu "Yamato"), Wielka Brytania (pięć typu "King George V" i samotny Vanguard - ten ostatni wszelako także już po wojnie), Stany Zjednoczone (dziesięć trzech typów: 2 - "North Carolina", 4 - "South Dakota" i 4 - "Iowa"). Cały szereg jednostek nie został ukończony albo nie zszedł nigdy z desek kreślarskich. Wśród tych, których budowę przerwano, można wymienić brytyjskie pancerniki typu "Lion" czy amerykańskie olbrzymy typu "Montana". Wśród niezrealizowanych projektów zwracają uwagę propozycje japońskie oraz niemieckie - megapancerników z działami kalibru 508 mm (odpowiednio konstrukcje nr 798 i 799 oraz H-43 i H-44 - ten ostatni o założonej wyporności 141 tysięcy ton).

Wielka Brytania i Francja utrzymywały swoje ostatnie pancerniki do lat sześćdziesiątych. USA - aż do lat dziewięćdziesiątych, modernizując je nawet i wykorzystując w prowadzonych tu i ówdzie konfliktach lokalnych jako pływające baterie. Były to już jednak swoiste dinozaury...

W chwili obecnej nie ma już ani jednego pancernika w czynnej służbie. Wszystkie, które przetrwały nietknięte, znajdują się w USA i nic nie wskazuje, aby miały zostać złomowane - jako wspomniane "dinozaury" czy "ostatni Mohikanie" nabrały swoistej wartości - zabytku, atrakcji, dzieł inżynierskich, jakkolwiek to nazwać. Są to okręty muzea:
- USS Texas - kotwiczący w Huston
- USS Alabama - w Mobile
- USS Massachusetts - w Fall River
- USS North Carolina - w Wilmington
- USS Missouri - od 1999 roku eksponowany w Pearl Harbor (Hawaje)
- USS New Jersey - w Camden
- USS Iowa - obecnie jeszcze w Naval Station Newport, w 2007 roku ma zakotwiczyć w Stockton w Kalifornii
- USS Wisconsin - w Norfolk (Wirginia)
Ostatnie dwa okręty, jakkolwiek 17 marca 2006 zostały ostatecznie skreślone ze stanu floty, pozostają nadal "potencjalnymi jednostkami rezerwowymi" - cokolwiek miałoby to znaczyć w praktyce...


Krążowniki liniowe
Krążowniki liniowe powstały z inicjatywy jednego człowieka - lorda morskiego admirała Johna Fishera. Wykazywał on (poza innymi niepokojącymi objawami) również obsesyjne zainteresowanie szybkością wielkich okrętów, co samo w sobie nie byłoby problemem (ostatecznie powstałe w latach trzydziestych "szybkie pancerniki" uważa się do dziś za najdoskonalsze jednostki w swojej klasie), jednak sposobem na jej osiągnięcie miała być poważna redukcja pancerza a czasem i uzbrojenia. Tym samym otrzymywało się wielki okręt nastawiony wyłącznie ofensywnie, który chociaż mógł doścignąć i porazić ogniem dział każdego niemal przeciwnika, sam okazywał się nieproporcjonalnie wrażliwy na ciosy.
Były jednym z najbardziej chybionych wynalazków militarnych wszechczasów. Zwykle o pięknych, smukłych sylwetkach, imponujących osiągach i dumnych nazwach, jako narzędzie walki rzadko okazywały się przydatne. O wiele częściej dawały znać o sobie słabe strony krążowników liniowych (głównie brak poważnego opancerzenia) prowadzące do zagłady podczas walki z teoretycznie równorzędnym, w praktyce o wiele silniejszym przeciwnikiem. Najwyższą cenę za uleganiom fantazji Fishera zapłaciła Royal Navy - tracąc w podobnych okolicznościach aż cztery takie okręty (trzy w 1916 roku podczas bitwy jutlandzkiej - Indefatigable, Queen Mary, Invincible, jeden w 1941 roku - Hood). Bezpośrednią przyczyną zagłady wszystkich czterech były eksplozje komór amunicyjnych.
Jedynie trzy floty miały je w swoim składzie, większość pozostałych nie dała się nabrać na pomysł Fishera. Wielka Brytania zakończyła ich budowę na HMS Hood (zwodowawszy jednak wcześniej szereg okrętów typów: "Invincible", "Indefatigable", "Queen Mary/Lion/Tiger", "Renown" oraz trzy zbliżone koncepcyjnie wielkie lekkie krążowniki typu "Furious"). Japonia, która wyposażyła się w cztery KL typu "Kongo" zbudowane według brytyjskiego wzoru (i pierwszy w stoczni brytyjskiej), zmodernizowała je w okresie międzywojennym do standardu szybkich pancerników. Niemcy zaś (rywalizujące przecież na początku XX wieku z Wielką Brytanią), od razu przyjęły założenia, które czyniły ich krążowniki liniowe raczej szybkimi pancernikami, słabszymi może nieco uzbrojeniem od angielskich odpowiedników, ale o wiele bardziej od nich odpornymi na ciosy.

Budowy krążowników liniowych podjęły się też Stany Zjednoczone i Związek Radziecki, jednak żadna z tych jednostek nie została ukończona albo nie weszła do służby w pierwotnym charakterze. Niekiedy zwano później jeszcze krążownikami liniowymi niektóre szybkie pancerniki z lat trzydziestych (jak francuski typ "Strasbourg" czy niemiecki "Scharnhorst") a nawet jednostki o wiele późniejsze, jak radzieckie krążowniki rakietowe typu "Kirow" z lat sześćdziesiątych (chociaż w tym ostatnim przypadku naprawdę trudno zrozumieć, dlaczego), jednak naprawdę ta klasa okrętu doczekała się tylko jednej powtórki - pod postacią nieco przypadkiem zbudowanych amerykańskich wielkich krążowników typu "Alaska". Niemniej z planowanych sześciu ukończono tylko dwa (1943), które nie odegrały żadnej praktycznie roli i po kilku latach zostały wycofane ze służby.

Co ciekawe, obecnie krążowniki liniowe (ang. battlecruiser) wystąpują masowo w książkach SF - zwłaszcza w operach kosmicznych o zabarwieniu militarnym (jak cykl "Honor Harrington" Davida Webera). Co tam robią właściwie, trudno powiedzieć, zważywszy iż najczęściej autorzy czynią je pokrewnymi tym jednostkom, które naprawdę pływały po morzach, dowodząc nie raz swojej daleko idącej nieprzydatności w walce. Możliwe jednak, że legenda otaczająca te najpiękniejsze chyba z istniejących kiedykolwiek wielkich okrętów przetrwała dłużej, niż cokolwiek innego...

Lotniskowce
Rozwój lotniskowców był nader powolny - chociaż pierwsze z nich powstały jeszcze podczas I wojny światowej, aż do lat trzydziestych uchodziły za jednostki drugorzędne. Miało to związek z rozwojem samego lotnictwa - jeszcze w latach dwudziestych przeciętny samolot był drewnianą konstrukcją "sznurkiem wiązaną" której nikt nie podejrzewał, aby mogła poważnie zagrozić większym jednostkom, szczególnie na pełnym morzu. Wraz z rozwojem lotnictwa, który dokonał się podczas drugiej wojny, i późniejszym wprowadzeniem napędu odrzutowego zmieniły się też i same lotniskowce - ich wymiary oraz możliwości bojowe zależały w pierwszym rzędzie od masy, wielkości oraz warunków eksploatacji i osiągów maszyn, które znajdowały się na pokładach.
Pierwsze wielkie lotniskowce, zwane też "lotniskowcami floty" albo (później) "lotniskowcami uderzeniowymi" pojawiły się jednak nie tyle dzięki przemianom doktryny morskiej czy wyraźnemu rozwojowi lotnictwa, ale za sprawą traktatu waszyngtońskiego i wyprzedziły swoje czasy. Przebudowa ciężkiej jednostki na lotniskowiec była jakimś wyjściem, aby nie marnować cennego kadłuba. Trudno orzec, czy bez tego czynnika lotniskowce byłyby podczas drugiej wojny równie liczne czy równie wielkie, ale zapewne nie dysponowano by podobnie obszernym doświadczeniem w wykorzystywaniu lotnictwa morskiego jako broni ofensywnej.
Podział na podklasy lotniskowców pojawił się podczas drugiej wojny, kiedy zaczęto doceniać znaczenie lotnictwa na morzu - i to w wielu rolach. Jako osłonę przeciwko innym okrętom nawodnym, wyprawom lotniczym przeciwnika, okrętom podwodnym, jako wsparcie operacji desantowych i tak dalej. Do tych celów nie były potrzebne wielkie jednostki o dużej szybkości - starczał "byle kawał pokładu", przez co lotniskowcami eskortowymi stawały się przebudowane statki handlowe, pasażerskie liniowce, krążowniki. Na podobnej zasadzie i dzisiaj wyróżnia się lotniskowce uderzeniowe - te największe, w pojedynkę będące machinami zdolnymi teoretycznie wygrać pomniejszy konflikt zbrojny, z maszynami o największym potencjale bojowym, przeznaczonymi do zdobycia i utrzymania przewagi powietrznej; lotniskowce desantowe (do udzielania osłony podczas takich właśnie operacji) czy śmigłowcowce (podobne tym poprzednim, jednak miast maszyn szturmowych noszące na pokładzie głównie albo wyłącznie wiropłaty).
Współcześnie są tymi okrętami, od których zaczyna się katalogi flot. Wielkie jednostki, o wyporności powyżej 100 tysięcy ton, znajdują się obecnie jedynie w posiadaniu USA. Większość z nich ma napęd nuklearny - jest to dziewięć jednostek typu "Nimitz" (dziesiąta ma wejść do służby w 2008 roku), w dalszej kolejności zaplanowano budowę co najmniej trzech olbrzymich lotniskowców nowego typu "Ford" (z wejściem do służby w 2015).

Inne kraje budujące wielkie lotniskowce to Związek Radziecki i Francja. W pierwszym wypadku skończyło się na zwodowaniu jednego okrętu (Varyag o wyporności co najmniej 85 tysięcy ton, który dostał się najpierw Ukrainie, a potem - niemal jako złom, został zakupiony na aukcji przez Chińską Republikę Ludową, gdzie jest podobno remontowany) i złomowaniu kadłubów dwóch kolejnych jednostek. Francja zaś wprowadziła w 2001 roku do służby nuklearny lotniskowiec Charles de Gaulle, mniejszy wszakże nieco od amerykańskich odpowiedników, który być może doczeka się wsparcia drugiej, podobnej jednostki. Budowę wielkiego lotniskowca (tym razem atomowego, w ramach programu CVF) rozważa także Wielka Brytania.

Copyright © 2007 by Estraven